Azja 2019,  Malezja

Georgetown

0

Do Georgetown trafiamy późnym popołudniem. Jest to nasz ostatni przystanek w Malezji, rezerwujemy od razu 3 noce w hostelu i samolot do Singapuru.

Jest tu zdecydowanie więcej białych turystów niż w Ipoh. Tradycyjnie szwędamy się po mieście, Chinatown, Little India, pływająca wioska, murale na murach. Bardzo przyjemne miasto. byłoby jeszcze przyjemniejsze gdyby zamkneli dla ruchu kilka uliczek – samochody wjeżdżają wszędzie…

Fascynujemy się indyjską dzielnicą i jej kuchnią. Coraz pewniej się czujemy zamawiając coś w ciemno. Obserwujemy lokalsów jak jedzą rękami, zagaduję do miłego kelnera i pytam jak to się robi… Aaa you wanna Indian style? I pokazuje jak wymieszać ryż z sosem, uformować z palców łopatkę, nabrać i włożyć do buzi… Ta chyba najbardziej naturalna czynność sprawia nam trochę problemów ale dajemy radę.

Z ciekawostek kelner wyraźnie gada tylko ze mną, ignorując Age, tak samo w innej knajpie. Albo jestem taki ładny albo jakieś ichniejsze zwyczaje… W każdym razie ciapati, roti, nany, tandori, biryani, wszystko w małym palcu…

Dla odmiany chińska kuchnia nam nie zasmakowała nam aż tak bardzo… Więc następna podróż raczej Indie niż Chiny.

Przycupuję gdzieś w cieniu koło jednego z popularnych murali, Aga szwęda się po sklepach, ja sączę kawę z lodem i obserwuję ludzi pozujących do zdjęć… Ludzie różni, różniści – jak zwykle pobudzeni Koreańczycy, dużo białych, dziewczyny w hidżabach i kapeluszach, przyjemnie się obserwuje.

Fascynują mnie trochę te hidżaby, same albo z nałożoną czapką czy kaskiem…

Wieczory spędzamy w typowej knajpce dla turystów na przeciwko naszego hostelu, przynajmniej można się tu napić piwka czy drinka… Malezja jest muzułmańskim krajem i alkohol jest tu drogi i nie tak dostępny… Piwo w sklepie kosztuje ok 16 zł, cztery razy drożej niż w Kambodży.

Ostatniego dnia jedziemy godzinę autobusem miejskim na drugi koniec wyspy, do parku narodowego na plażing. Ale najpierw trzeba przejść kawałek dżunglą. Ciepło, parno, dwumetrowe gady w zasięgu wzroku, jakieś cycoline się wracają „bo na plaży jest krokodyl i to niebezpieczne”. Idziemy dalej, czytałem że te jaszczury są niegroźne. Docieramy do jakiejś średniej plaży, to jeszcze nie nasza ale szlak zamknięty, trzeba podpłynąć łódką, płacimy, podpływamy, plaża bez szału, małpki skaczą po dachach knajpek, coś tam wyciągają z hasioka, parno, grzmi, będzie padać, wracamy. Łódka skacze na falach, autobus się wlecze, ja jestem zmierzły. Bywa.

Wieczorem szwędamy się jeszcze po jakimś street foodzie, który podobno jest jedynym z najlepszych w Azji… Nie koniecznie podzielam tę opinię ale trafiamy na kilka dobrych rzeczy na ulicy – samosa – coś jak smażone pierogi z różną zawartością, wspomniane wyżej indyjskie jedzenie.

Próbujemy też w końcu duriana, którego mijaliśmy do tej pory. Koktajle smakowały spoko, sam owoc zaś – pachnie jak gówno z cebulą, w smaku trochę lepiej – przeważa cebula. Ale odhaczone.

Kilka razy idąc zwabiony upałem i kolejkami do straganów trafiłem na różne wariacje deseru ABC – kruszony lód, mleko sojowe, fasola z puszki plus kolorowe żelki… Dobre bo zimne ale męczące połączenie smaków…

Malezję żegnamy na lotnisku w Penang, kierując się na południe, do Singapuru…

0

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o