Azja 2019,  Kambodża

Battambang

1+

Do Battambang dostaliśmy się łodzią z wioski obok Siem Reap, przez jezioro Tonle Sap a następnie w górę rzeki przez pływające wioski. Ludzie budują się tutaj na rzece, zamiast skuterów mają łodzie i całe życie toczy się tutaj wokół rzeki. Rejs planowo miał trwać 7 godzin ale już na starcie mieliśmy godzinne opóźnienie. Siadamy na samym przodzie, daleko od warkotu silnika, z niezasłoniętymi widokami ale za to z kroplami wody na twarzach. Tyłki trochę bolą ale jest bardzo przyjemnie. Co chwilę ktoś podpływa mniejszą łódzka i się dosiada, dzieci wołają Hellooo z brzegów swoich domków. Mijamy dzieci w mundurkach dojeżdżające łódkami do szkoły.

Ze względu na niski poziom wody w porze suchej ostatni odcinek musieliśmy pokonać samochodami.

W Battambang na dworcu atakuje nas grupka tuk tukowców oferujących podwózkę i nocleg. Aga rozwala ich system mówiąc że nie szukamy noclegu tylko zimnego piwa (jest z 36 stopni). Parskają rozbawieni śmiechem i wskazują knajpę obok. Zamieniamy jednak piwo na mrożoną kawę i udajemy się w stronę potencjalnego noclegu. Mimo że Battambang to drugie największe miasto w Kambodży centrum jest dosyć małe, noclegów jest pełno i nie ma żadnego problemu z wynajęciem pokoju. Nasz guesthouse jest w starym francuskim budynku przy ulicy nr 1 i 1/2 :-). Wieczorem szwędamy się po mieście i odsypiamy ostatnie trzy dni wczesnego wstawiania.

Następnego dnia wynajmujemy skuter, pytamy naszego gospodarza o wskazówki i siadamy na naszą białą błyskawice. Jedziemy na północ, w stronę Ek Phnom Temple – ruin świątyni wraz z wielkim Buddą.

Po drodze mijamy kobiety, które robią papier ryżowy używany do zawijania spring rolls’ów. Przystajemy, zagadujemy, wymieniamy uśmiechy.

Mijamy kolejne świątynie, kolejne miejsca mordów sprzed ponad czterdziestu lat, kapliczkę z czaszkami i płaskorzeźbami z torturami…

Jedziemy na południe, w stronę bambusowego pociągu, który jest jedną z głównych atrakcji tutaj ale słońce tak praży, że nie odważamy się spędzić godziny na torach. Dalej na południe szukając winiarni, do której nie możemy trafić. Słońce praży, wiatr na skuterze przyjemnie chłodzi, robimy się głodni. Przy drodze zauważamy stoliki z garnkami, zjadamy ryż z zupą i mrożoną herbatą płacąc za całość dwa dolary. Gospodarze cieszą się każdym khmerskim słowem, które wypowiadamy, reszta komunikacji odbywa się na migi.

Jedziemy dalej, tankujemy litr benzyny z butelki po Pepsi za niecałego dolara, kupujemy zielone pomarańcze (które okazują się niedobre), kierujemy sie w stronę Banan Pagoda, ruin świątyni na szczycie wzgórza. Z mrożoną kawą w ręku, w 36 stopniowym upale pokonujemy miliard wysokich schodów by odpocząć w cieniu kamieni na szczycie.

Następnie szutrową, pylistą droga kierujemy się do Phnom Sampov, kolejnej świątyni na wzgórzu, podjeżdżamy jednak na skuterze na szczyt. Tam spacerujemy po świątyni, obserwujemy bawiące się małpki, słuchamy recytacji mnicha, odwiedzamy jaskinię, w której mordowano masowo ludzi…

Godzina do zachodu słońca, zjeżdżamy na dół i siadamy w knajpce przed jaskinią nietoperzy. Każdego wieczora miliony nietoperzy wylatuje z niej o zachodzie słońca w poszukiwaniu pożywienia. Pytamy ludzi, o której dokładnie godzinie zwykle wylatują – między 18:10 a 18:30. My musimy być najpóźniej o 18:45 w mieście, 30 minut skuterem. Ale siadamy, ustalamy deadline na 18:15, sączymy piwko (Aga) i kokosa (ja) patrząc w stronę wylotu jaskini.
Punktualnie o 18:01 pierwsze nietoperze pojawiają się u wylotu a po chwili niekończąca się chmara wylewa się z jaskini tworząc na niebie czarną wstęgę, która faluje zmieniając co chwila kierunek. Wygląda to trochę jak rok pszczół w bajkach tworzący różne znaki na niebie. Tylko czekam aż ułożą się w duży pytajnik…

Pytajnika nie było ale widok i tak był niesamowity.

18:15 siedzimy już na skuterze, nietoperze ciągle wylatują, kierujemy się za wstęgą, w stronę miasta gdzie musimy zdążyć do cyrku Phare Ponleu Selpak. Zdążamy. Jest to raczej teatr z muzyką na żywo i akrobatami pochodzącymi z biednych rodzin a mogących tutaj zarabiać i rozwijać się gimnastycznie…

Jeszcze nie opadły emocje związane z nietoperzami a tu kolejne ciary na plecach… Poschizowana muzyka, kojarząca mi się ze ścieżką dźwiękową do filmu Tylko kochankowie przetrwają, poruszająca choreografia przeplatana saltami, czy rzucanymi w górę ludźmi, perkusja zwiększająca napięcie… Bardzo nam się podobało a i pieniądze wydane w słusznej sprawie.

Po napiętym i pełnym emocji dniu, następnego zwalniany. Szwędamy się.po targowisku, gdzie obok biżuterii można kupić ryby, ciuchy, uszyć sukienkę, wypilnikować pięty czy zrobić fryzurę. Aga porusza się między stoiskami, ja staję z boku sącząc sok z trzciny cukrowej z dużą ilością lodu…

Popołudnie w autobusie do Siem Reap, przepakowanie plecaka bo rano lot. Obudzeni przez komary wstajemy 40 minut wcześniej (5:05), zamawiamy tuk tuka I jedziemy na lotnisko. Troy stresu bo mamy nadbagaż ale wszystko odbywa się bez problemów.

A teraz jedziemy już autobusem Z lotniska do centrum Kuala Lumpur…

1+

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o