Azja 2019,  Kambodża

Siem Reap czyli skuter, szpital i Angkor

1+

Po burzliwym rejsie speedboat’em z Koh Rong Samloem do Sihanoukville dotarliśmy do Siem Reap o 6:00 rano nocnym autobusem.

Do pokoju w guesthouse’ie wpuścili nas już o 9:00. Trochę odespaliśmy podróż, trochę poszwędaliśmy się po targach, wypożyczyliśmy skuter i pojechaliśmy po bilety do kompleksu świątyń w Angkor. Pojechaliśmy tam od razu zobaczyć zachód słońca, który był zwykłym zachodem słońca (tyle, że w ładnym miejscu).

Dwa dni wcześniej, na plaży źle stanąłem lewą stopą i w autobusie zaczął mnie boleć paluch, trochę też spuchło. A jako że jestem hipochondrykiem, to żeby uspokoić nerwy napisałem maila do mojej firmy ubezpieczeniowej, po 2,5h (trochę długo) byłem umówiony w szpitalu na wizytę. Podjechaliśmy tam skuterem zaraz po zachodzie słońca. Wszystko poszło sprawnie, po 40 minutach wiedziałem już, że nic nie trzeba amputować i że voltaren i ibuprofen załatwią sprawę. Kolejne 45 minut czekaliśmy na potwierdzenie przez ubezpieczyciela płatności. Długo. Cała zabawa kosztowała 180$ i wszystko odbyło się bezgotówkowo więc ubezpieczenie w podróży może się przydać.

Wracając wkraczam na wyżyny swych umiejętności prowadzenia skutera w mieście, bezpiecznie wymuszając/egzekwując pierwszeństwo na skrzyżowaniach pędzimy po ciemku przez miasto. Na prawdę jest to bardzo fascynujące jak taka bezwładna masa skuterów przeplatana samochodami może bezkonfliktowo skręcać we wszystkich kierunkach na raz…

Wracając, w jakiejś przyuwożonej, lokalnej knajpce jemy pyszny obiad za 5$.

Angkor

Angkor, czyli kompleks świątyń khmerskiego imperium, główny cel wizyt wszystkich turystów w Siem Reap. Również nasz.

Decydujemy się na bilet jednodniowy i zwiedzanie skuterem, które podobno (tak piszą w internetach i w przewodnikach) jest nielegalne. My bez problemu wynajęliśmy skuter (10$) a miły policjant, który zrobił nam zdjęcie w świątyni tylko się uśmiechnął gdy odpowiedzieliśmy, że przyjechaliśmy na skuterze a nie tuk tukiem.

Wszystkie internety piszą o cudownym wschodzie słońca, piszą też o rzekach chińskich turystów przed główną świątynią – Angkor Wat. My wybieramy mniej dostępne miejsce – wzgórze Phnom Bakheng.

Wstajemy 4:10. Dwadzieścia minut później siedzimy na skuterze. Nie mamy jedzenia ani wody więc po drodze zahaczamy o niespotykany do tej pory w Azji sklep całodobowy, mijamy wracające z dyskotek podpite towarzystwo i pędzimy na północ, w stronę świątyń.

Ciemno ale mamy czołówkę. Pod górkę ale dajemy radę. Na szczycie, w ruinach świątyni jesteśmy 40 minut przed wschodem, zaczyna się rozjaśniać, schodzą się ludzie. Finalnie jest nas jakieś 30 osób. Gdzieś tam po skosie widać malutkie ruiny Angkor Wat, Z głośników gdzieś na dole włączają jakąś poschizowaną, pełną napięcia buddyjską muzę, czuć zapach kwiatów, aktywują się cykady, pojawia się czerwone słońce. I tyle. Wschód słońca jak wschód słońca, na Rysiance jest ładniejszy… W każdym razie nie wart tych kilku godzin utraconego snu.

Zaspani schodzimy i jedziemy do głównej świątyni Angkor Wat, gdzie czekają na nas grupy podnieconych werbalnie Chińczyków, Rosjan z patykami (czytaj selfie-stick’ami) i instagramowe laseczki z dziubkami.

Szwędamy się boczkiem oglądając płaskorzeźby z scenami bitew, posągi Buddy z urwanymi głowami, małpki skaczące po dachach. Do wejścia na górę głównej świątyni zakręcająca za winklem kolejka, ja coraz bardziej zmierzły. Uciekamy.

Mrożona kawa i ananas stawiają na nogi.

Jedziemy dalej, zobaczyć Angkor Thom, stare miasto posiadające milion mieszkańców w czasach kiedy Londyn był 50.000 wioską, z jego centralną świątynię – Bayon, tę z twarzami. Turystów jest tu mniej, można się ukryć między kamiennymi blokami. Świątynia robi wrażenie, podoba nam się.

Zmęczenie coraz bardziej daje się we znaki, decydujemy się na drzemkę w rozstawionych nad jeziorem hamakach. Ogólnie wszystko można tutaj załatwić za jednego dolara. Godzinna drzemka w cieniu plus kolejne ananasy stawiają nas na nogi.

Jedziemy do Ta Prohm, tej z drzewami, w której kręcili Tomb Raidera. I znowu, robi wrażenie, tyle że trzeba manewrować między kolumnami Chińczyków ustawiających się do zdjęcia przed każdym drzewem. Ale znajdujemy znów ustronne miejsca gdzie dominują odgłosy cykad i papug…

Zahaczamy jeszcze o prawie opuszczoną ale średnio atrakcyjną Ta Keo i jedziemy do Preah Khan. Jest późne popołudnie, autokary zajmują pozycje przy topowych miejscach do oglądania zachodu słońca, jesteśmy tu prawie sami. Szwędamy się leniwie, słońce jest nisko, idealne światło do robienia zdjęć. Gdzieś tam rodzi się refleksja na temat sposobu dzisiejszego zwiedzania – Instagram, zdjęcie przy każdym kamieniu, z dziubkiem, uśmiechem nr 3 czy inną dziwaczną pozą. Wszystko sprowadza się do szukania odpowiedniego kadru, na czym zresztą sam często się łapię…

Wracamy z lekkim niedosytem, kierunek emocji ułożył się w dobrą stronę przez co na końcu pozostały pozytywne odczucia.

Wieczorem wcinamy świeżo mrożone, na czymś w rodzaju płyty grzewczej tylko działającej na odwrót, lody.

Zostały dwa tygodnie do powrotu, zaczęła się matematyka… Kupujemy na poniedziałek bilet na samolot do Kuala Lumpur. Ale przedtem jeszcze Batambang….


1+

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
majkelZAP Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
ZAP
Gość
ZAP

Dobrze, że tych „zdjęć z dziubkiem” niy powklejołeś 😛