Azja 2019,  Kambodża

Mondulkiri – słonie i Bunong’s village

0

W Sen Monorum wylądowaliśmy prawie punktualnie z dużym ładunkiem rzepy w bagażniku, przywiązanym motorem z tyłu i chyba 30 osobami.

Znajdujemy fajny motelik, wypożyczamy skuter i znów wodospad i zachód słońca na wzgórzu. Wieczorem kolacja w lokalnej knajpce (już wiem że bezpieczniej jest zamawiać wieprzowinę – jest bez kości, w odróżnieniu od kurczaka). A wieczorem oglądamy reklamy w TV (same napoje energetyczne) i oglądamy walki kogutów z komentarzem – nuda.

Sen Monorum jest mniejszym miasteczkiem niż poprzednie – prawie nikt nie jeździ w kasku.

Przyjechaliśmy tutaj aby zobaczyć słonie i lokalne wioski.

Mondulkiri project

Zaklepujemy dzień w Mondulkiri Project sanktuarium dla słoni założonym przez jakąś organizacją NGO. Wykupili 5 słoni, wydzierżawili kilka hektarów lasu z rzeką i zbierają kasę na wykupienie kolejnych słoni. Straszne są historie tych słoni – bite, ranione, łamane psychicznie od małego aby mogły wozić turystów albo pracować przy wyrębie jungli.

Słonie miały spory teren lasu, chodziły i robiły co chciały. Dostaliśmy po kilka bananów, więc interesowały się nami tylko przez chwilę, potem robiły co chciały – skubały bambusa, ocierały się o drzewa, posypywały ziemią. A my w skupieniu chodziliśmy za nimi podglądając z fascynacją.

Mieliśmy tu kompletnie inne doznania niż poprzednio, w Tajlandii. Tam była podobna idea ale słonie trzymane na mniejszej powierzchni i był show dla turystów. Tutaj słonie były na pierwszym miejscu.

Wioska Bunong

Po super doświadczeniach z noclegiem w lokalnej wiosce w Laosie i kiepskim z trekingiem po jungli tutaj postanowiliśmy skupić się na tym pierwszym, dlatego zaklepaliśmy dwudniowy pobyt w tutejszej wiosce mniejszości Bunong, z lokalnym przewodnikiem.
Przepakowaliśmy się do małych plecaków, duże zostawiliśmy na przechowanie w motelu i o 7:30 zostaliśmy odebrani przez naszego przewodnika – Tak’a.

Pierwszego dnia była z nami bardzo miła para Francuzów – Simon i Sonia. Oglądaliśmy farmy pieprzu, bananów, plantacje kawy, drzewa awokado, orzecha nerkowca, papaji, ananasy, trzcinę cukrową.

Na obiad mamy lokalną zupę gotowaną w metalowym bambusie z rybą i ryżem.

Potem jest nudne przejście przez krzaczory w lesie, trochę bardziej ekscytująca pogoń za małpą (nieudana, widzieliśmy ją tylko przez chwilę). Odwiedzamy inne farmy – akurat są zbiory manioku – pomagamy przy krojeniu i suszeniu. Na początku nieśmiało, żeby tylko spróbować ale szybko znajdują się dodatkowe obieraczki i maczety i wszyscy mają zajęcie. Gospodarz powiedział, że nie widział jeszcze takich fajnych turystów i robił sobie z nami zdjęcia 🙂

Potem taka sobie kolacja (ryż i jakaś gotowaną trawa) i trafiamy do miejsca naszego noclegu. I tutaj największy zawód, bo pokazują nam tylko gdzie jest kibelek, gdzie posłanie i czas na spanie. Spodziewaliśmy się większej integracji z gospodarzami. Pijemy jeszcze piwko, towarzyszy nam gospodyni ale ciężko się skomunikować, także siku, ząbki, opuszczamy moskitierę i pośród odgłosów gibonów kładziemy się spać.

Koguty zaczynają o 5 rano ale spoko, mam zatyczki. Przewodnik przyjeżdża po nas o 8:00, śniadanie i szwędamy się po wiosce. Oglądamy suszenie pieprzu, ryżu, zaglądamy ludziom do chat, podglądamy tkanie szalików, przyrządzanie karmy dla świń, które biegają sobie luzem pomiędzy domkami, uczymy się liczyć do 19, wypalam blanta pokoju z dziadkiem, który namiętnie ogląda kambodżańskie kabarety na dvd.

Domki w wiosce budowane są wzdłuż drogi, często ogrodzone, kilka tylko tradycyjnych chat. Jest prąd, woda ze studni trzymana w wielkich dzbanach przy chatach. W chatach ubita ziemia, miejsce do spania, palenisko, na górze duży kosz na ryż, zwierzęta swobodnie przebiegają. Dużo szczeniaczków, prosiaczków, cielaczków, pisklaczków. Nie jest sterylnie ale jest w miarę czysto.

A teraz pędzimy na zachód w rytmie cambo disco. Nie istnieje coś takiego jak lewy czy prawy pas – jest szofer i jego klakson…

0

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o