Azja 2019,  Laos

Chill na Don Khone

0

Podążając bananowym szlakiem trafiliśmy na Don Khone, jedną z 4000 wysp na Mekongu. Pominęliśmy imprezową, bardziej popularną Don Det, do której płynęły pełne łodzie backpackersów i razem z kilkoma starszymi ludźmi (w tym 3 babami z Polski, którym usta się nie zamykały) usiedliśmy w pustej łodzi na Don Khone.

Nie mieliśmy załatwionego noclegu, więc w 36 stopniowym upale, z plecakami szukaliśmy naszego bungalowa z hamakami nad Mekongiem.

Reszta czasu upłynęła pomiędzy rowerem, plażą, Beerlao i owocowymi szejkami.

Z obrazów, które zapadły mi w pamięci, to

Dzieci, bawiące się na przerwie w ruinach starej, spalonej szkoły. (Obok była nowa)

Dziewczynka, która niosła na hakach 4 duże ryby.

Bawoły kąpiące się w rzece.

Śpiew dzieci w szkole, kiedy jedliśmy obiad w knajpce obok.

A teraz kierunek Kambodża. Chcemy zboczyć trochę z popularnych kierunków i udać się na wschód do Banlung…

Ale póki co czeka nas skorumpowane przejście graniczne…

I jesteśmy w Kambodży. Autobus za godzinę. Pijemy kokosa w knajpce.

Poszło szybko ale bez dodatkowych opłat się nie obeszło.

Najpierw opuszczając Laos jakiś koleś w cywilu każe się ustawić w linii i kasuje po 40 dolarów za załatwienie wizy. My idziemy do okienka gdzie są strażnicy. Ale i tak chcą 2 dolary za pieczątkę. Próbowałem rżnąć głupa przez 3 minuty, dałem im wydarty, stary 100 dolarowy banknot, którego nikt nie chce ode mnie przyjść. Ale też nie przyjęli… Wkońcu dałem im resztkę kipów, odpowiednik 3,5 dolara…

Idziemy w stronę Kambodży (jakieś 80 metrów), nie ma żadnego dodatkowego badania medycznego (kolejna próba wyciągnięcia kasy) ale musimy zapłacić 35 dolarów zamiast 30. Też za pieczątkę. Numer ze starą 100 dolarowką nie przechodzi, płacimy w sumie 70. I prawie wyszliśmy już z budynku… A tu jeszcze jedno okienko… Skanowanie palców. Ale nie trzeba już płacić…

Cała zabawa wyszła nas 70 dolarów i 35.000 kipów.

0

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o