Azja 2019,  Laos

Pakse i płaskowyż Bolaven

0

Z Vang Vieng rozważaliśmy dwa kierunki: Pakse i Thakhek. Oba mają własne pętle do pokonania na skuterku. Z przyczyn logistycznych zdecydowaliśmy się na Pakse.

Autobus z Vang Vieng 13:30, przyjazd 7:00 rano, bilet 190.000 LAK. Praktyka: o 14:30 z Vang Vieng zabiera nas minibus do Vientain, spóźniony równo o godzinę. Wyprzedzanie ciężarówek pod górkę na zakręcie nie robi już na mnie wrażenia. O 19:00 z Vientain mamy sleeping bus, który dziś odjeżdża o 20:30 ale odjechał po zapełnieniu ok 19:40. W Pakse jesteśmy o 7:00 rano (+/- 20 min). W autobusie łóżka długie na 175 cm więc moje dodatkowe 9 cm jakoś składam bokiem.

Klima wyłączona: parno, klima włączona: zimno, ciężko znaleźć złote ustawienie. Ale zasypiamy, budzi nas konduktor (bo nie wiem jak go nazwać) już w Pakse.

Plan jest taki, że wypożyczamy od razu skuter i jedziemy w trasę. W jakimś poleconym guesthouse’ie wypożyczamy skuter (50.000 LAK/dzień), pod pretekstem siku biorę prysznic (jest w ubikacji) i ruszamy.

Dzień 1: Pakse – Tad Lo

W skrócie: nuda. Asfalt, wioski murowane albo z desek, prawie dobrobyt…. Tylko dzieci niezastąpione – machają, krzyczą sabadi, uśmiechają się.

Zatrzymujemy się w jakimś małym sklepiku na arbuza, ciepłą Pepsi przelaną do woreczka z lodem, i na coś co wygląda na mango, a co pani nazywa Muang. I może to i było mango ale pierońsko kwaśne. Dostajemy do tego chilli i jakąś przyprawę i wtedy da się zjeść. Ogólnie kłopotliwe (dla mnie) chwile ciszy staram się przełamywać moim laotańskim, co zwykle przyjmowane jest że sporym uśmiechem (obok „jak masz na imię” i liczenia do 19 dołączyłem również lewo i prawo poznane na kajakach).

Następnym przystankiem była plantacja kawy Mr Vieng’a. Na płaskowyżu jest specyficzny mikroklimat, który nadaje się do uprawy kawy. Nie za zimno, nie za ciepło. Nigdy nie widziałem kawy (rośliny) – okazuje się że to całkiem spore krzaczory, małe drzewka nawet.

Na deser można spróbować żółtych mrówek (o smaku cytrynowym). Faktyczne cytrynowe, pancerzyki trochę twarde.

Później mijamy kolejnego wielkiego Buddę, i tysiącletnie drzewo i trafiamy do naszej destynacji.

Pokój mamy średni, bez ciepłej wody, za to z jasczurkami i balkonem z widokiem na wodospad. Po placu lata fest gruba świnia, która ma pilnować motorów.

Nad wodospadem, codziennie o 16:30 pewien gospodarz kąpie swoje słonie, co byliśmy podejrzeć.

A teraz idę przegonić jaszczurkę z łóżka, i spać 🙂

Dzień 2: Tad Lo – Pakse

Spało się wyjątkowo dobrze, rano naleśniki, wodospad i skuter.

Trasa nie jest jakoś powalająca. Mijamy plantacje kawy, pola manioku (taki ichniejszy ziemniak) – akurat są wykopki.

Dzieci machają, krzyczą sabadi, zatrzymujemy się na pyszną kawę w lokalnej palarni. Trasa szybko mija. O 13:00 jesteśmy w Paksong, naszym docelowym miejscu, które nie zachwyca. Decydujemy się jechać dalej. Odwiedzamy wodospady. Jest sobota, Laotańczycy pakują się całymi grupami, biorą dywany, boom-boxy, jedzenie i picie w lodówkach i rozbijają się nad wodą. Droga dwupasmowa, ruch słaby, wyprzedzamy krowy.

Przed zachodem słońca jesteśmy w Pakse. Skuter wypożyczyłem na 3 dni, oddaję po dwóch – nie ma problemu ze zwrotem. Szybkie rozpoznanie terenu – w Pakse nie ma nic do roboty, rezerwujemy autobus (+prom) do Don Khone, jedną z 4000 wysp na Mekongu. To będzie nasz ostatni przystanek w Laosie.

A teraz z pełnym brzuszkiem, siedzę na balkonie, 22:00, 28 stopni i słucham lokalnego karaoke. Dobrze, że Beerlao się skończyło bo może bym zszedł 😉

0

4
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
Kochanka Grażynakochanka Elżbietamajkelkochanka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
kochanka
Gość
kochanka

Jesteś wielki Michał! trzymam kciuki i bardzo Cie kocham ;*