Azja 2019,  Laos

Chillout w Muang Ngoy

1+

Po prawie całym dniu podróży z przygodami trafiliśmy wreszcie do małego, ciasnego pokoiku w Nong Khiaw, który przezornie zaklepaliśmy tylko na jedną noc. Na bookingu brak lepszych alternatyw.

Francuzi, którzy polecili nam te okolice mówili też o miasteczku Muang Ngoy, do którego można dotrzeć tylko łodzią, że są tam bungalowy z hamakami i pełen relaks.

Trochę nie chciało nam się tułać z tobołami łodzią, która ma jeszcze skomplikowany system płatności w przypadku gdyby było mało pasażerów ale niechęć do obecnego pokoju zwyciężyła.

Na molo pełno ludzi (spotkaliśmy też pierwszego Francuza, który nam polecił to miejsce), wrzuciliśmy plecaki na tył łodzi i wpakowaliśmy się do środka. Podróż godzinna, bardzo przyjemna, trochę wiało ale ładne, górskie widoki wokoło. Rzeka w kolorze błota, trochę przypominały mi się sceny z czasu apokalipsy.

Znaleźliśmy sprawnie nasz bungalow, z hamakami na balkonie, zapłaciliśmy za dwie noce (7EUR za noc) i postanowiliśmy, że nie robimy nic 🙂

Oddaliśmy brudy do pralni i przepełnieni szczęściem, słońcem i perspektywą wyspania się poszliśmy na piwo.

Miasteczko/wioska to właściwie jakieś 400 metrów utwardzonej drogi wzdłuż rzeki z domami po obu stronach, w większości murowanych. Każdy dom to praktycznie sklepik lub knajpka lub jakiś nocleg.
Wieczorem się szwędamy, zaglądamy w okna, a właściwie drzwi otwarte na oścież. Czy dom z cegły czy drewniany w środku wyglądają bardzo podobnie – jedno pomieszczenie, na środku telewizor, na podłodze dywany, na nich pościel, czasem jakaś komoda, czasem wieszaki z ubraniami. Cała rodzina śpi w jednym miejscu. Gdzieniegdzie przed domkami palą się ogniska, na nich kociołek, ludzie wokoło. Ktoś się kąpie w kranie przy ulicy. Właściwe nic czego wcześniej nie widzieliśmy ale z snującymi się pomiędzy tym wszystkim turystami, domkami z hamakami, przyjemnymi knajpkami bardziej rzucają się w oczy kontrasty…

Na głównej ulicy dużo piesków, grzejących się słońcu, bawiących się szczeniaków, kwok z kurczaczkami, kogutów, które o 6:30 pieją niemiłosiernie, turystów, którzy nie robią żadnego wrażenia na mieszkańcach. Choć właściwe uśmiechy często są odwzajemniane, a dzieci witają laotańskim sabadi.

Wioska Ban Na

Wyspani i najedzeni wybraliśmy się na ok 6 km spacer do wioski Ban Na. Droga przyjemna, często wzdłuż strumyka. W wiosce „restauracja” – 3 stoliki na trawce w ogrodzonym ogrodzie, beerlao, smażony makaron. Jesteśmy w środku dnia, wioska zajęta sama sobą, dzieci brak, dorośli coś tną, coś kopią, coś budują. Aga kupuje ręcznie tkaną chustkę od pani przy krosnach. Wracamy przez łąki, a właściwie pola ryżowe, na których pasą się krowy. Góry wokoło, ścieżka płaska. Przyjemnie 🙂

Mt Phaboon viewpoint

Jako że tyłek mnie już rozbolał od hamaka a na jednym końcu wioski jest duża góra, na którą można wejść, to postanowiłem się tam wybrać o poranku. Pierwsze 30 minut to wyrypa pod górę, z przerwami co 5 minut na złapanie oddechu. Gliniane stopnie, lina do asekuracji, ale kończą się ładnym punktem widokowym na wioskę.

Kolejne 30 minut to jeszcze wieksza wyrypa, za poręczówki robiły połamane bambusy ale widok na górze cudowny.

Dodatkowo zdobyłem szacun dzieciaków skromnym prototypem elektrowni wodnej. I nauczyłem się liczyć do 19 🙂

W planach na dziś: hamak, jeszcze jeden punkt widokowy, kolacja a jutro rano do łódki, do autobusu i na południe.

1+

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
majkelAnna G. Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anna G.
Gość
Anna G.

Prototyp elektrowni wodnej? Muj borze, niesiesz kaganek oświaty! 😉 Beerlao musi być mniam. Pozdro!