Azja 2019,  Laos

NamHa – jungla i noc w wiosce Namluang

0

Luang Namtha jest dobrą bazą wypadową do NamHa National Protected Area, jungli, która ciągnie się do granicy z Chinami. W miasteczku jest masa agencji turystycznych, które oferują trekingi różnej długości. My zdecydowaliśmy się na dwudniowy trekking z noclegiem w wiosce plemienia Akha. Wykupiliśmy go w lokalnej agencji o chwytliwej nazwie Eco Trekking. Przyciągnęło nas to, że kasa trafia do lokalnych przewodników, nie do zagranicznych właścicieli innych firm. Także następnego poranka, razem z parą Francuzów (którzy już 3 miesiące jeżdżą po Azji i 3 miesiące jeszcze przed nimi), parą belgijsko-hiszpańską i parą przewodników wsiedliśmy na naczepę songathew i ruszyliśmy w stronę jungli.

Trekking w jungli

Zaczęliśmyw jakiejś wiosce, gdzie miał dołączyć do nas lokalny przewodnik ale ktoś tam zmarł i nie mógł z nami pójść. Wszystko wyglądało dość strasznie bo było dużo krzyków i gestykulacji, nie wiem czy się o coś kłócili czy nie… Dołączyła do nas za to jakaś babcia, która w koszu zaczepionym na czole niosła wodę i jedzenie. Stara babcia z maczetą i ciężkim koszem wyglądała jeszcze straszniej…

Sam trekking był ciężki, nudny i długi. Bez ładnych widoków, ciągle góra dół, po śliskich, stromych zboczach… Jungla momentami była ciekawa, gęsta, wilgotna, głośna ale przez dłuższy czas były to zwykle haszcze…

Zmęczeni i znudzeni trafiliśmy do wioski…

Nocleg w wiosce Akha – Namluang

To było zdecydowanie najlepsze doświadczenie tej wycieczki. Już przy wejściu do wioski wyczaiła nas grupka dzieciaków krzycząca sabadi, sabadi – hello, hello. Nasz przewodnik podszedł do chaty ichniejszego sołtysa i załatwił nam nocleg i kurczaka na kolację. Wioska miała jakieś 25 chat i ponad 160 mieszkańców. Chaty drewniane na drewnianych balach, pomiędzy chatami latają kurczaki, pieski, świnki i masa dzieciaków. Jest prąd, jest telewizja (naliczyłem 4 anteny satelitarne), wszyscy mają smartfony ale jedzenie ciągle przygotowywane jest na palenisku w chacie, nie ma bieżącej wody w chacie ani kibelka, kąpiesz się za chatą w źródlanej wodzie dostarczanej rurami z gór. Dorośli byli bardzo nieśmiali i unikali kontaktu, dzieci były bardziej śmiałe ale też nieufne. Coś tam się wygłupiały, coś tam podchodziły.

Barierę nieufności przełamały dopiero wspólne tańce wieczorem na placu przed naszą chatką. Starsza młodzież przyniosła głośnik Bluetooth i zaczęła puszczać tajski pop. Aga pokazała kilka kroków z aerobiku, ja moje kocie ruchy i dopiero wtedy poznaliśmy imiona wszystkich dzieci (jedyne zdanie, które potrafię powiedzieć po laotańsku to czao su jang – jak masz na imię), trochę porysowaliśmy, nauczyłem się grać w kamyki i liczyć do dziesięciu (bez 7, 8, 9 bo za Chiny nie potrafiłem zapamiętać). Trochę pośpiewały i ogólnie było dużo wygłupiania. Było w tym wszystkim pełno autentyczności i dziecięcej radości.

Dziwne też było to, że dzieciaki zamiast oglądać bajki przed telewizorem bawią się razem na placu kamykami czy grają w gumę. Dziwne jest to, że wydaje mi się to dziwne…

Mieszane uczucia wywołały dzieci puszczone samopas, rzucające patykami w psy, trzylatek bawiący się obok mamy maczetą, który próbuje tak jak ona rąbać drewno, brak barierek w chatach przez co nawet ja się bałem podchodzić do krawędzi… ale z drugiej strony dzieciaki dawały sobie radę.

Spaliśmy na podłodze w chacie, przykryci ciepłymi kołdrami, 97 letnia babcia sołtysa gadała coś po swojemu przez sen, koguty zaczęły piać o 3:30 rano, na śniadanie makaron z fasolką, potem zaś głupi u nudny trekking…

Czas spędzony w wiosce, wygłupy z dzieciakami uratowały tą wycieczkę.

Teraz jesteśmy w drodze do Nong Khiaw, miasteczka polecanego nam przez różnych Francuzów spotykanych po drodze. Bus planowo ma jechać 7 godzin, choć w jednej agencji powiedzieli że może 9 bo droga jest uszkodzona. Miał odjechać o 8:00 (wg agencji), odjechał o 9:00. Ogólnie każdy tu mówi byle co, byle tylko zdobyć klienta, zamiast biletu świstek papieru z pieczątka „zapłacono”… Irytujące.

Wiemy też, że nie dojedziemy w 7 godzin bo po godzinie jazdy kierowca się zatrzymał i nie mógł odpalić. Akumulator jak nic ale sprawdzał po kolei wszystkie bezpieczniki. Po czym zatrzymał jakieś auto, powiedział że zaraz wraca i zostawiając nas samych (jest jeszcze para szwajcarek i koło z Izraela) gdzieś pojechał…

Aga załatwiła nam kilka godzin życia więcej kupując kistę bananów od motocyklisty który się zatrzymał.

Przygoda 🙂

Koleś przyjechał z akumulatorem ale ciągle nie chce zapalić. Przesiedliśmy się do innego busa, droga straszna, dwóch lokalsów rzyga.

Jeszcze jakieś 3 h….

PS1. dojechaliśmy, 3h później ale jesteśmy 🙂 drogi w Laosie północnym – masakra. Co chwilę jakiś obsuw ziemi, dziura, wyprzedzanie na zakręcie pod górkę… lepiej nie patrzeć.

PS2. niebo nocą w jungli jest niesamowite!

0

4
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
majkelAnna G.Anna G. Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anna G.
Gość
Anna G.

Te banany na długo Wam nie starczą, jaki jest ciąg dalszy?! SIę nie robi takich cliffhangerów, nie ma czegoś takiego!

Anna G.
Gość
Anna G.

Nie wiem, czy chcę tak w sumie wiedzieć, ale chodzi mi to po głowie, więc zapytam. Dlaczego, o dlaczego, wy tak dzielnie się trzymacie, a lokalsi tak niedzielnie? Jak? 😉