Azja 2019,  Laos

Laos i pierwsze problemy

0

W Laosie chcieliśmy się dostać do miasteczka Louang Namtha, do którego ostatni autobus (wg planu który znalazłem w internecie) z Huai Xai odjeżdżał o 12:30. Żeby na niego zdążyć musimy wyjechać z Chiang Rai około 8:00.

Niewyspani, bez śniadania idziemy na dworzec, autobus odjeżdża punktualnie o 8:00, trzęsie, trochę podjazdów.

Wysadza nas na skrzyżowaniu koło mostu granicznego, stamtąd Tuk tukiem do granicy.

Opuszczenie Tajlandii bez problemów.

Czekamy jakieś 15 minut na shuttle busa przez most nad Mekongiem.

Pierwsze problemy pojawiają się przy opłacie 30 USD za wizę. Przyjmują tylko dolary nowsze niż 2006 rok. My mamy z 2003 i z 1996 roku. Ale wypłacam półtorej miliona kipii z bankomatu, wymieniam w kantorze na nowe dolary, możemy przejść dalej.

Wejście do Laosu bez problemu.

Przy wyjściu jest stanowisko songathew, mówię nazwę miasta do którego chcemy pojechać, mówi że podrzuci nas na dworzec, czekamy 5 minut aż auto się zapełni i jedziemy.

Na dworcu jesteśmy przed 12:00, sporo czasu jednak przy okienku z biletami dowiadujemy się, że odjazdy są o 8:00 i 15:30…

Idziemy do pobliskiej knajpki na kawę i Wi-Fi. Obsługuje nas dwójka dzieciaczków, którzy ogarniają angielski i bez skrępowania parskają śmiechem na moje próby laotańskiego… Dzieciaki ogarniają też dla mnie kartę SIM, wszystkie zdrapki, gdzieś tam dzwonią żeby się dowiedzieć jak doładować internet, wszystko wyglądało na bardzo skomplikowane. Internet ciągle nie działa więc googlam jak skonfigurować APNa i zaczyna śmigać.

Obok jest targ gdzie kupujemy mandarynki i mangustynki, ciastka i idziemy zjeść smażony makaron.

Na bookingu zaklepujemy nocleg i czekamy na autobus…

Po dokładniejszym googlaniu okazuje sie, że w tym mieście są dwa dworce autobusowe. Autobus o 12:30 prawdopodobnie odjeżdża z tego drugiego. Albo rozkład się zmienił…

W każdym razie jedziemy już busem „klasy VIP”, z popękaną przednią szybą, który strasznie trzęsie, dużo wzniesień, zakrętów, dziur w drodze, podskakujemy na siedzeniu od czasu do czasu. Dostaliśmy każdy po reklamówce… Kierowca trąbi jak tylko widzi kogoś koło drogi, nie wiem – mżze zna tu wszystkich… Żyłuje busa wyprzedzając ślimaczące się ciężarówki na górskich serpentynach…

Ludzie w Laosie wyglądają wyraźnie inaczej niż w Tajlandii. Bardziej mi się kojarzą z peruwiańskim i indianami, którzy grają na fujarkach…

Mijamy bambusowe chatki na drewnianych balach. Wczoraj w Tajlandii musieliśmy iść na wycieczkę przez dżunglę, żeby zobaczyć takie chaty, tutaj wydaje się to być powszechne.

Kobiety i dzieci zbierają końcówki jakiejś trzciny, z których po wysuszeniu zrobią miotły, też widzieliśmy to wcześniej w górskich wioskach w Tajlandii.

Zaczyna zmierzchać, ludzie przed chatkami palą ogniska, na nich jakiś kociołek. Sporo tego, chatka koło chatki.

Dziwnie też się operuje tysiącami… Szczególnie, że arabskie numerki są tylko z jednej strony, a na każdym papierku jest ta sama osoba – prezydent Laosu. Zresztą, w Tajlandii też na każdym papierku był wizerunek króla, tyle że numerki były z obu stron i nie trzeba było ich aż tak szukać…

Po 3,5 godzinach dojechaliśmy, dwie osoby w busie (Laotańczycy) się porzygali do reklamówek. Na szczęście nie było reakcji łańcuchowych.

W busie już się zorientowałem, że nasze miasteczko też ma 2 dworce autobusowe i my wysiadamy na tym oddalonym 10 km od centrum. Stamtąd niebieski songthew, utargowany przez Agę na 25 000 LAK od łebka i przed 20:00 jesteśmy w naszym noclegu.

Także 6 przejażdżek, 5 przesiadek i 12 godzin zleciało jak z bicza strzelił 🙂

 

0

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Anna G. Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anna G.
Gość
Anna G.

No widzę, że połaczenia macie doskonałe ;-)! I jeszcze podejmujesz próby laotańskiego… chyba uruchomię w Gliwicach jakiś komitet społeczny ku Waszej chwale!