Azja 2019,  Tajlandia

Chiang Mai. Słonie, mnisi i dużo jedzenia…

3+

Oooo, im bardziej na północ tym lepiej. Ostanie 3 dni spędziliśmy w Chiang Mai, dużo mniejszym mieście niż Bangkok, gdzie samochody zatrzymują się na czerwonym świetle.
Trafiliśmy tutaj dziennym pociągiem z Bangkoku, który jechał 11 godzin.

Teraz siedzimy już w autobusie do Chiang Rai, także mam 3 godziny żeby coś napisać.

Cooking class

Aga już w Polsce napaliła się na zajęcia gotowania tajskiej kuchni. Zaklepaliśmy warsztaty w Small house Thai cooking school. prowadzone były przez Arma, kucharza z jakiegoś fancy, 5-gwiazdkowego hotelu. Oprócz nas była jeszcze para Amerykanow z Hawajów. Najpierw byliśmy na targu gdzie kupiliśmy pełno warzyw, owoców i ryby.

Później w domu kucharza robiliśmy sałatkę, pastę curry, tom yam soup, phad tai i na końcu mango with sticky rice, które jem tutaj codziennie i jest mega dobre. Ogólnie było dużo siekania, krojenia, podsmażania i doprawiania.
Wszystko było bardzo dobre choć w generalnym podsumowaniu było 3:0 dla Agi 🙂

Słonie

Pierwszego dnia byliśmy w schronisku dla słoni – Maerisk Elephants Sanctuary, gdzie wykupują słonie z różnych miejsc gdzie są źle traktowane (typu cyrki, wyrąbki jungli) i trzymają luzem. Kasa od turystów idzie na wykup kolejnych słoni (przynajmniej taką mam nadzieję).
Na początek przebraliśmy się w niebieskie ciuchy (podobno słonie widzą tylko niebieski i zielony, za to mają węch na 20 km) a później dostaliśmy banany i karmiliśmy słonie, które chętnie je zjadały.
Później karczowanie bananowca dla słoni, spacer do dżungli a na koniec najlepsze – nacieranie słoni błotem i kąpiel.

Ogólnie wszystko było pod turystów i na początku mieliśmy mieszane odczucia ale z biegiem czasu widać było, że słoniom się podoba a ludzie tam troszczą się o nie i są pełni entuzjazmu.
Jest w tym coś niesamowitego – stanąć na przeciwko słonia, przytulić się do trąby, pogłaskać go i spojrzeć mu w oczy. Czuć się i potęgę tego zwierzęcia ale też delikatność.

Rozmowy z mnichami

W przewodniku wyczytaliśmy, że w niektórych świątyniach mnisi chętnie rozmawiają z zagranicznymi turystami aby podszkolić swój angielski. My poszłyśmy do świątyni Wat Phat Kao, gdzie spotkaliśmy dwóch młodych, ponad 20-letnich mnichów. Na początku wszyscy byli trochę nieśmiali ale po chwili nawiązaliśmy bardziej otwarty kontakt. Kilka faktów

  • Mnichem można zostać po 20 roku życia, a do szkoły dla mnichów można pójść po skończeniu 13 lat
  • Czytają jakieś książki o Buddzie i studiują inne nauki (matematykę i angielski)
  • Mnisi nie piją alkoholu ani nie korzystają z innych używek
  • Raz na miesiąc, przed pełnią księżyca golą głowę i brwi
  • Utrzymują się z datków
  • Codziennie rano idą ze swoją miską do okolicznych mieszkańców po jedzenie
  • Nie uprawiają sportów (tylko pompki w swoim pokoju)

Potem Aga zapytała ich czy oni mają do nas jakieś pytania. Byli ciekawi co robimynwv wolnym czasie, jak często chodzę na siłownię (LOL), czy łowimy ryby…
Wywiązała się z tego fajna, luźna, otwarta rozmowa. Byliśmy dość mocno podekscytowani po jej zakończeniu, zresztą oni też.

Street Food i nocne targi

Ogólnie to cały czas coś jemy… Jedzenie na ulicy jest tu bardzo tanie, dziwaczne, smaczne i można znaleźć je wszędzie. Póki co mogę ulubione to Mango with sticky rice i woda z kokosa.
A jak nie jemy to chodzimy po targach, których jest tu mnóstwo. Dzienne, nocne, weekendowe… Zwykle nie lubię ani zakupów ani tłumów ale szwędanie się tutaj między straganami jest bardzo przyjemne. Do mojej obciachowej koszulki w słonie dołączyły wczoraj równie obciachowe spodenki 🙂
Za to Aga ma tu raj na ziemi, obkupila się tutaj od stóp do głów…

Dużo szwędamy się też tutaj po knajpkach, kawiarenkach, które wyglądają w sumie jak w Europie – piwo, drinki, amerykańska muzyka, pełno młodych ludzi, tyle że trochę więcej Azjatów.

Świątynie

Buddyjska świątynia jest tu prawie za każdym rogiem. Jedna z ciekawszych dla nas to Wat Doi Suthep, do której dojechaliśmy bardzo popularnym tutaj sposobem – Red taxi – son-wat-coś-tam.
W tej świątyni było więcej praktykujących wyznawców Buddy niż turystów więc mieliśmy okazję podejrzeć kilka rytuałów, które dla laika wyglądają dziwacznie, typu chodzenie z kwiatkiem dookoła pagody (ksztalt jak złoty dzwon), błogosławieństwo mnicha, losowanie drewnianej pałeczki z numerem wróżby.

Teraz siedzimy w autobusie do Chiang Rai, jest już ciemno, księżyc w pełni, trochę trzęsie, droga kręta i stroma, jeszcze bardziej na północ….

Ps.

…i zatrzymaliśmy się na stacji, gdzie wcinam bułki na parze z wołowiną 🙂

3+

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Kolega przez duze CH Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kolega przez duze CH
Gość
Kolega przez duze CH

Budda tez lubi zloto, jak inni bogowie 😮